Zielonkowska Amatorska Liga Piłkarska - strona nieoficjalna

Strona klubowa

Logowanie

Wyniki

Ostatnia kolejka 22
API Market 0:13 Cubański Hash
In - Plus Marki 2:4 Sparta Wołomin
Dar - Mar Kobyłka 3:0 Sokoły Zielonka
FC United 2:2 FC Ursynów
Prestiż Warszawa 4:2 Tiger Wołomin
Andromeda 3:3 Greentown Zielonka

Najbliższa kolejka

Najbliższa kolejka 23

Najlepszy strzelec

stan końcowy:

35 bramek:

Chrystian Karczewski (Sokoły)

Statystyki

Brak użytkowników
zalogowanych i 1 gość

dzisiaj: 99, wczoraj: 86
ogółem: 664 595

statystyki szczegółowe

Mini-Chat

Musisz się zalogować, aby korzystać z mini-chatu.

Aktualności

Opisy meczów 14 kolejki ZALP

  • autor: zalpzielonka, 2015-04-14 17:41

Gol bramkarza daje remis Dar-Marowi!

API Market 1:6 ANDROMEDA

Szybko, łatwo i przyjemnie – w taki sposób Andromeda miała sobie poradzić z API Market. Zespoły te dzieliło i w tabeli i w umiejętnościach wszystko i chociaż widać wyraźny progres w poczynaniach Marketu, w porównaniu do początku sezonu, to nadal nie jest to ten poziom, który mógłby zagrozić ekipom z czołówki. Ich jedynym atutem jest to, że w każdej z potyczek nie mają praktycznie nic do stracenia – jak przegrają to przegrają, ale gdyby wygrali lub zremisowali? Wtedy by się porobiło! I na pewno nikt nie chce być tym zespołem, z którym API pierwszy raz zapunktuje. Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy Andromeda robiła w niedzielę wszystko, by tak się stało!? Gracze Wojtka Kuciaka grali słabo, niedokładnie i chyba w sposób lekceważący, jakby mając świadomość, że w końcu i tak coś do sieci przeciwników wpadnie. Tyle że pierwszy gol padł dla faworytów dopiero w 16 minucie, a jego autorem był Paweł Boguszewski, chociaż część winy ponosi na pewno golkiper Marketu. Ale API nie załamało się i tuż po wznowieniu gry od środka, Marcin Ząbek przeprowadził indywidualną szarżę, ośmieszając rywali i strzelając w samo okienko bramki Marcina Dudka! Co więcej – w 19 minucie ekipa Pawła Chojnowskiego powinna wyjść na prowadzenie, bo w słupek trafił bardzo mądrze i pewnie grający Marcin Niewiadomski. Na szczęście Andromeda w porę się otrząsnęła i tuż przed przerwą gola na 2:1 zdobył dla niej Maks Frantisov. Nie był to jednak rezultat, który cokolwiek „błękitnym” zapewniał. Nadal musieli czuć zagrożenie i nawet nie chodziło o grę rywali, ale własną. I omal nie potwierdziło się to w 33 minucie – Market znowu miał 100% szansę na bramkę, lecz świetnie zachował się Marcin Dudek, a w odpowiedzi idealną okazję zmarnował Adam Marcinkiewicz, który tego ranka w bramkę nie potrafił się wstrzelić. W 36 minucie drugiego gola w spotkaniu zanotował za to Paweł Boguszewski i dopiero wtedy mieliśmy pewność, że Andromeda ten mecz wygra. W końcówce zmęczonym i zdemotywowanym przeciwnikom ekipa Wojtka Kuciaka zaaplikowała jeszcze kilka bramek. Obeszło się więc bez kompromitacji, lecz wcale nie było od niej daleko. Faworytom brakowało charakteru, którego z kolei nie można było odmówić przegranym. I jeśli ten poziom uda się zespołowi Pawła Chojnowskiego utrzymać, to z każdym meczem pierwsze punkty będą coraz bliżej.

Przebieg spotkania:

16' Paweł Boguszewski (0:1)
16' Marcin Ząbek (1:1)
25' Maks Frantisov (1:2)
36' Paweł Boguszewski (1:3)
38' Paweł Boguszewski (1:4)
46' Piotr Zabłocki (1:5)
47' Piotr Klejnowski (1:6)

 

Sparta Wołomin 1:2 SOKOŁY ZIELONKA

Przed tą niedzielą różnica punktowa między Sokołami a Spartą wynosiła ledwie trzy oczka. I bez wątpienia Spartanie chcieli ją w w niedzielę zlikwidować ostatecznie, co przy ich niezłej formie wcale nie było marzeniem ściętej głowy. Tym bardziej, że Sokoły w rundzie jesiennej dołują i nie potrafią znaleźć recepty na swoją słabą grę. Przełom kiedyś jednak musiał nastąpić, więc i w zawodnikach z Zielonki była wiara, że to jest właśnie ten mecz. Na ich grę zbytnio to się jednak nie przełożyło. Dominował chaos, podania do nikogo i próba neutralizowania poczynań przeciwników. Raz udawało się to lepiej, raz gorzej, ale wyraźna przewaga w konstruowaniu akcji i pomyśle na grze była po stronie Sparty. Zawodnikom Jacka Słońskiego brakowało jednak szczęścia, jak chociażby w 16 minucie gdy po ogromnym zamieszaniu w polu karnym Sokołów brakowało naprawdę niewiele, by wbić futbolówkę niemal do pustej bramki. Ale co się odwlekło, to nie uciekło - pod koniec pierwszej połowy pozostawiony bez opieki Piotr Kieliszczyk zdecydował się na strzał i mimo interwencji Michała Sausia, piłka ugrzęzła w siatce. Tym samym Spartanie zapewnili sobie przyjemne widoki na drugą część spotkania. Szczególnie, iż nadal byli w natarciu, nadal stwarzali zagrożenie, a w 30 minucie dodatkowo mieli do wyegzekwowania rzut karny! Zupełnie niepotrzebny faul Michała Sausia na Damianie Rudniku skończył się wskazaniem przez arbitra na „wapno”, lecz Piotr Kieliszczyk tym razem zawiódł i strzelił wysoko nad bramką. To podłamało zespół. Z kolei Sokoły uwierzyły, że nie wszystko jeszcze stracone i to one były od tego momentu aktywniejsze a w swoich poczynaniach bardziej wyraziste. I w 37 minucie mieliśmy remis. Świetny, mierzony strzał Rafała Kusiaka po długim słupku i było 1:1! A widząc, że ekipa z Wołomina jakby podupadła na motywacji, miejscowi zaczęli przeprowadzać kolejne groźne akcje i w 41 minucie Chrystian Karczewski strzelił w słupek. Ale i on dostał od losu drugą szansę i w 44 minucie po podaniu z autu, gdzie piłka przeszła praktycznie całą obronę Sparty, wbił futbolówkę głową do siatki z najbliższej odległości. 2:1! A przegrywający byli pod ścianą. Rzucili do ataku wszystko co mieli, lecz zamiast bramki wyrównującej, powinni stracić przynajmniej jedną po kontrach rywala. I chociaż ostatecznie tak się nie stało, to remisu również nie osiągnęli. I mogli, a nawet powinni czuć się zawiedzeni. Wydaje się, że gdyby wykorzystali rzut karny, to oponent już by się nie podniósł. Tym czasem to oni stracili werwę i dali się namówić do gry zaproponowanej przez przeciwnika. Piłka krążyła u nich lepiej, szybciej i dokładniej, lecz w końcowym rozrachunku nie dało im to nawet najmniejszej satysfakcji. Sokoły okazały się cwańsze i sprytniejsze, przez co stylu odniesionego zwycięstwa nikt pamiętać nie będzie.

Przebieg spotkania:

23' Piotr Kieliszczyk (1:0)
37' Rafał Kusiak (1:1)
44' Chrystian Karczewski (1:2)

 

In-Plus Marki 0:2 FC URSYNÓW

8:0 – takim rezultatem zakończył się jesienny mecz pomiędzy Ursynowem a In Plusem. To była przepaść, która i tak nie została udokumentowana taką różnicą bramek, którą mogła. Markowianie mieli wtedy mnóstwo sytuacji do zdobycia goli, ale teraz nie było ich celem przebicie tego wyniku, tylko zainkasowanie kolejnych trzech punktów. Czy mogli spodziewać się oporu ze strony przeciwników? Ursynów w dwóch dotychczasowych spotkaniach rundy rewanżowej nie zachwycił – przegrał oba, a bilans bramkowy wyniósł 0:9. A teraz przyszło mu się mierzyć z rywalem jeszcze wyżej sytuowanym, co tylko utwierdzało w przekonaniu, że trzy punkty zabierze ze sobą ekipa Patryka Gall. Ale już pierwsze minuty pokazały, że jeśli nawet tak będzie, to absolutnie stosunek bramek w niczym nie będzie przypominał tego sprzed pół roku. Ursynów grał ambitnie i z wiarą w końcowy sukces, natomiast In Plus, chociaż prezentował się mądrzej i spokojniej, nie potrafił swojej przewagi udokumentować bramkami. Najbliżej był tego Seweryn Rejmer, który strzelił w słupek, lecz i przeciwnicy mieli swoje okazje, często naciskając obronę In Plusu i zabierając jej piłkę. I w tym przypadku bramek to jednak nie przyniosło. O wszystkim miała więc zadecydować druga połowa. A w niej przebieg był identyczny jak w poprzedniczce. Markowianie wymieniali podania, rozciągali grę, lecz gracze Ursynowa nadążali za każdą akcją i albo skutecznie blokowali strzały, lub też dobrze interweniował Artur Ciok. Outsiderzy zagrażali też kontr-atakami i Darek Jankowski, który był ostatnim ostatnim obrońcą Księgowych, wielokrotnie stawał do pojedynków szybkościowych i bark w bark z napastnikami oponenta. I praktycznie wszystkie wygrywał, ale w 42 minucie nawet on nie pomógł, gdy Ursynów doszedł do sytuacji 3 na 2, gdzie kluczowe podanie zaliczył Maciek Tabaczyński a piłkę z najbliższej odległości wbił do bramki Grzegorz Cymbalak i zapach sensacji uniósł się w powietrzu. Teraz faworyci musieli czym prędzej wyrównać, a przecież nawet remis nie był spełnieniem ich marzeń. Tyle że każdy z ich ataków kończył albo niecelnym strzałem albo brakiem zimnej krwi, co powodowało dodatkową frustrację. A Ursynów, niczym rasowy bokser, wszystkie ciosy przyjął na gardę, a w ostatniej minucie wyprowadził własne, które przesądziło o jego zwycięstwie. Bramkarz In Plusu, Mateusz Stankiewicz wdał się w drybling z Pawłem Klochem i stracił na jego rzecz piłkę, przy okazji faulując rywala. Sędzia puścił jednak grę, dzięki czemu Maciej Tabaczyński miał przed sobą praktycznie pustą bramkę i nie mógł z tego prezentu nie skorzystać – 2:0! I czwarta porażka markowian w sezonie stała się faktem. Nie był to ich dzień, ale też wydaje się, że zespół ten miał w swoim baku mniej chęci do gry aniżeli zdeterminowany Ursynów. Zwycięzcy swój sukces wyszarpali i teraz śmiało mogą patrzeć przed siebie. A na horyzoncie widać już Prestiż, z którym ekipa Roberta Biskupskiego zmierzy się w najbliższą niedzielę. Skoro więc udało się z wiceliderem, to może i z liderem...?

Przebieg spotkania:

42' Grzegorz Cymbalak (0:1)
50' Maciej Tabaczyński (0:2)

 

FC UNITED 2:1 Greentown Zielonka

Po dwóch meczach bez zwycięstwa, gracze FC United chcieli wreszcie zanotować pierwszy wiosenny triumf. Okazja nadarzyła się niezła, bo rywalem był Greentown, który chociaż czyni systematyczne postępy, to jednak od dłuższego czasu okupuje dolne rejony tabeli a z kim szukać punktów, jak nie z drużynami właśnie stamtąd? Tyle że jest na pewno problem z dyspozycją ekipy Maćka Grabowskiego. Mecze bardzo dobre potrafią przeplatać z kompletnie nieudanymi, podobnie zresztą jak fragmenty poszczególnych spotkań. Chociażby przed tygodniem prowadzili 1:0 z Tiger Wołomin, by w kilka minut stracić trzy gole i pozbawić się szans na przynajmniej punkt. Ale nie od dziś wiadomo, że nowy mecz to też nowe nadzieje, a że już w 2 minucie Tomek Małek wykorzystał gapiostwo w szeregach przeciwników i dał prowadzenie faworytom, to wszystko zaczęło się układać w jedną całość. Greentown błyskawicznie musiał więc porzucić grę którą najbardziej lubi, czyli defensywa i kontra, bo trzeba było się zacząć odsłaniać, posiadając wiedzę, że tylko w ten sposób uda się dogonić oponentów. Ale szło to opornie. Także FC United, jakby uspokojone prowadzeniem, grało bez polotu i na dobrą sprawę o pierwszej połowie można i trzeba zapomnieć. O ile jednak brak 100% okazji po stronie wygrywających można było zrozumieć, o tyle sytuacja przegrywających była nieciekawa. Ewidentnie brakowało pośrednika między obroną a atakiem, którym w poprzednich meczach był albo Daniel Sarna albo Damian Zieliński. Tym samym trudno było sobie wyobrazić strzelenie gola przez zespół Karola Bolesty z koronkowej akcji. Inna sprawa, że nieważne jak, ważne by w ogóle. I tym zdaniem można idealnie określić bramkę, jaką „żółci” zdobyli tuż po wznowieniu gry. Podanie z głębi pola do Pawła Koziorka, ten korzysta na fatalnym nieporozumieniu Konrada Kulczyckiego z ostatnim obrońcą, piłka dość przypadkowa odbija się od zawodnika Greentown i turla się do bramki United – 1:1! I mecz zaczął się od nowa. Tyle że nadal nie przynosił on wielkich emocji. Szans było jak na lekarstwo i stało się jasne, że jeżeli ktoś zdobędzie gola, to będzie on nosił miano złotego. I faktycznie – w 38 minucie Karol Wojtkowski fantastycznie wypatruje wychodzącego na pozycję Tomka Małka a ten miękko posyła piłkę obok wychodzącego z bramka Krzyśka Sieczkowskiego i United objęli prowadzenie, którego do końca spotkania już nie oddali. Wielki mecz w ich wykonaniu na pewno to nie był, ale w zaistniałych okolicznościach nie ma to raczej większego znaczenia. Liczyły się trzy punkty i cel został zrealizowany. Greentown natomiast może być niepocieszony, bo rywal na pewno nie był poza zasięgiem, chociaż gdy nie tworzy się praktycznie zagrożenia pod bramką przeciwnika, to trudno o remis, o zwycięstwie nie wspominając.

Przebieg spotkania:

2' Tomasz Małek (1:0)
26' Paweł Koziorek (1:1)
38' Tomasz Małek (2:1)


kartki:

22' Mariusz Sztabnik (FC United) - żółta kartka

 

Dar-Mar Kobyłka 3:3 Tiger Wołomin

Dar Mar i Tiger świetnie zainaugurowały wiosnę. Zagrały po dwa spotkania i zanotowały w nich po 6 punktów, co jeszcze w ciekawszym świetle zapowiadało ich niedzielną potyczkę. Forma była i chociaż wzajemna znajomość słabych i silnych stron również, to jednak na tym poziomie każdy mecz ma swoją własną historię. I ten także miał, a jego końcówka to prawdopodobnie coś, co ciężko będzie powtórzyć. Ale zacznijmy od początku. Grający bez zmian Dar-Mar zaczął lekko wycofany, co przez brak ławki rezerwowych było absolutnie zrozumiałe. Tyle że Tiger nie zamierzał czekać i od pierwszego gwizdka narzucił tempo, z którego wytrzymaniem przeciwnik miał ewidentne problemy. I już w 2 minucie było 1:0 dla Tygrysów. Tomek Boroszko podał wzdłuż bramki do Adama Drewnowskiego a nikomu z darmarowców, na czele z bramkarzem, nie udało się toru lotu piłki przeciąć i dołożenie stopy stanowiło jedynie formalność. Przegrywający odgryźli się niezłym strzałem Łukasza Siwaka, któremu niewiele zabrakło, by zmieścić futbolówkę po długim rogu. A później kilka szans zmarnowali gracze z Wołomina. Spudłował Adam Drewnowski, później Kamil Milczarek i w ten sposób pierwsze 25 minut upłynęło nad pod znakiem minimalnego prowadzenia Tiger. A początek drugiej odsłony niemal pozbawiał nas wątpliwości, że ekipa nieobecnego w niedziele Mariusza Magierka zgarnie owe trzy punkty. Najpierw w słupek uderzył Paweł Żochowski, a lada moment gola na 2:0 i tak strzelił Tomek Boroszko i drużyna Mirka Bryla była w stanie godzenia się z porażką. Ekipa z Kobyłki przede wszystkim nie konstruowała akcji, a w takich okolicznościach można liczyć albo na cud, albo na...stałe fragmenty gry. No i właśnie po rzucie rożnym z 32 minuty i ogromnym zamieszaniu w polu karnym Adriana Wyrwińskiego, przytomność umysłu zachował Łukasz Siwak i zrobiło się 2:1. A gdyby tego było mało, to na 5 minut przed końcem, znowu po rzucie rożnym tym razem do siatki trafił Mariusz Heciak i gracze Tigera w fatalny sposób stracili prowadzenie. Tyle że błyskawicznie je odzyskali - po rozegraniu piłki od środka wymienili trzy podania i stworzyli 100% szansę Adamowi Drewnowskiemu, który ją wykorzystał i Tygrysy odetchnęły. Do końca spotkania było już bardzo niewiele czasu i gdy zbliżała się 50 minuta, kolejny rzut rożny miał Dar-Mar. W polu karnym zespołu wygrywającego nagle było 16 zawodników, bo nawet bramkarz Adam Księżopolski zrobił sobie wycieczkę i powędrował w kierunku ramki rywali w poszukiwaniu szczęścia. Ten stały fragment gry nie przyniósł jednak oczekiwanych efektów, lecz po chwili gracze w czerwonych koszulkach mieli jeszcze jeden. Znowu rzut rożny i piłka szczęśliwym trafem spada właśnie pod nogi niekrytego Adama Księżopolskiego, który stojąc tyłem do futbolówki(!), w sobie tylko znany sposób wepchnął ją piętą do bramki! Gracze Tigera złapali się za głowy. Chyba wszystkiego się w tym meczu spodziewali, ale nie tego. Dyktowali warunki gry, mieli dużo dobrych sytuacji, a przeciwnikom wystarczyły trzy rzuty rożne i końcowy wynik brzmiał 3:3! Jedni się więc cieszyli, z bramkarzem na czele, a drudzy do tej pory nie wiedzą, jak dopuścili do tego, co się stało. Piękny więc ten futbol, czy jednak okrutny?;)

Przebieg spotkania:

2' Adam Drewnowski (0:1)
28' Tomasz Boroszko (0:2)
32' Łukasz Siwak (1:2)
45' Mariusz Heciak (2:2)
46' Adam Drewnowski (2:3)
50' Adam Księżopolski (3:3)

 

PRESTIŻ WARSZAWA 4:3 Cubański Hasz

Trudno spamiętać, który raz Cubańskiemu Haszowi przyszło rozgrywać mecz w zdekompletowanym składzie. Nie zawsze oczywiście wychodziło im to na złe, być może nawet chłopaki lubią „biegać za dwóch”, lecz w przypadku rywalizacji z liderem rozgrywek, taktyka gry w siedmiu była raczej ryzykowna. Zwłaszcza, jeśli chce się być pierwszą ekipą, która urwie jakiekolwiek punkty drużynie ze stolicy. Tym bardziej trudno opisać to, co w tym meczu ostatecznie się wydarzyło i jaki był jego przebieg. Zespół Bogumiła Bonisławskiego, grający przy okazji po raz pierwszy w nowych koszulkach, podszedł chyba zbyt pewnie do tej konfrontacji, co nawet nie mogło dziwić, znając okoliczności opisane wcześniej. Tyle że po 11 minutach gry było 2:0 dla Haszu! Najpierw Michała Sieńko świetnie wypatrzył Miłek Pacha i w sytuacji sam na sam filigranowy zawodnik Cubańskiego nie miał kłopotów z pokonaniem bramkarza Prestiżu. A za chwilę było już 2:0 – gola zainkasował asystent przy poprzednim trafieniu. Gracze lidera rozgrywek mogli się w tym momencie tylko popatrzeć na siebie i wzajemnie spytać „o co tutaj chodzi?”. Na ich szczęście dość szybko wzięli się w garść i w 14 minucie Mateusz Gontarz zaliczył trafienie kontaktowe. Tyle że na więcej miejscowi w pierwszej połowie już nie pozwolili i niespodzianka wisiała w powietrzu. Hasz w przerwie regenerował siły, zdając sobie sprawę, że drugie 25 minut będzie o wiele trudniejsze. Zespół podjął też decyzję, by zdjąć z bramki Mateusza Antoniaka i zastąpić go Michałem Sieńko. Jak się później okazało, decyzja ta miała brzemienne skutki. Ale wcale tak nie musiało być, bo w 27 minucie bramkę na 3:1 zdobył Mateusz Kowalski i jeśli wcześniej mieliśmy tylko przypuszczenia, że Haszowi uda się dowieźć korzystny rezultat do końca, tak teraz nabieraliśmy coraz większej pewności. Prestiż jednak nie odpuszczał. Mecz absolutnie im się nie układał, ale w 29 minucie dość szczęśliwe trafienie zaliczył Marcin Jackiewicz i było już tylko 3:2. Drużyna w białych koszulkach nadal cisnęła i wielokrotnie bracia Sieńko i spółka wybijali piłkę z własnego pola karnego byle dalej. Ale co jakiś czas wyprowadzali też groźne kontry i w 37 minucie Mateusz Antoniak po jednej z nich uderzył w poprzeczkę! Szczęście czuwało więc nad liderami a w 41 minucie pomógł im też doskonale znany wszystkim schemat – Mateusz Gontarz zgrywa do Bogumiła Bonisławskiego, ten oddaje piłkę koledze, który płaskim strzałem w róg nie daje żadnych szans bramkarzowi – 3:3! A do końca spotkania jeszcze dużo czasu. Ale Prestiż ma problemy. Niby rozciąga grę, niby klaruje sobie sytuacje, ale żadna z nich nie jest tą jedną jedyną, której tak bardzo potrzebują. Zaczynają się nerwy – zawodnicy łapią żółte kartki, a zupełnie niezrozumiale zachowuje się golkiper tego zespołu, który chyba zbyt dosłownie potraktował hasło że „każdy bramkarz musi mieć w sobie coś z wariata”. Jego krzyki i pretensje na pewno nie pomagały zespołowi, który walił głową w mur. Ale w 49 minucie zdarzył się cud. Z autu piłkę wrzucał Michał Chojnacki i wydawało się, że Michał Sieńko spokojnie złapie ją do koszyczka. I tak faktycznie było, ale przy tej interwencji golkiper Haszu wturlał się przy okazji za linię bramkową. Być może wydawało mu się, że stoi znacznie przed własną świątynią i stąd tak niefortunna obrona. Było to jednak bez znaczenia. Gol został zaliczony, Cubański nie miał już sił by doprowadzić do wyrównania, a Prestiż nawet przesadnie nie cieszył się z sukcesu. Wiedział, że został on zrodzony w bólach i cała sprawa, przy ledwie 7 przeciwnikach, powinna zostać rozstrzygnięta dużo wcześniej. W końcowym rozrachunku efekt był jednak taki sam, jak w ich wszystkich poprzednich spotkaniach. 13 z rzędu zwycięstwo. Czyli mistrza już znamy? Jeśli nawet, to Prestiż powalczy jeszcze o nieskazitelność. Do końca sezonu zostało im 9 meczów i 27 punktów do zdobycia. Misja niemożliwa? Niekoniecznie.

Przebieg spotkania:

8' Michał Sieńko (0:1)
11' Miłosz Pacha (0:2)
14' Mateusz Gontarz (1:2)
27' Mateusz Kowalski (1:3)
29' Marcin Jackiewicz (2:3)
41' Mateusz Gontarz (3:3)
49' gol samobójczy (4:3)


kartki:

22' Mateusz Gontarz (Prestiż) - żółta kartka
47' Bartosz Krajewski (Prestiż) - żółta kartka
48' Jakub Lisak (Prestiż) - żółta kartka

  • Komentarzy [0]
  • czytano: [727]
 

Musisz się zalogować, aby dodawać komentarze.

Partner

Reklama

Organizator ligi

Partnerzy

Partnerzy medialni

Najnowsza galeria

Drużyny ZALP
Ładowanie...

Buttony

Kontakty